Syn przyjechał z żoną na obiad. Po obiedzie poszedł do łazienki. Synowa nachyliła się do mnie i powiedziała cicho: “Niech pani mu nie daje więcej pieniędzy. On ich nie wydaje na to, co mówi”
Gdybym mogła cofnąć się do tamtej niedzieli i usłyszeć te słowa po raz pierwszy jeszcze raz – nie wiem, czy zareagowałabym inaczej. Pewnie znowu zamarłabym z widelcem w dłoni i spojrzała na Natalię tak, jakby właśnie powiedziała mi, że ziemia jest płaska. Bo matki nie chcą wierzyć w pewne rzeczy. Nawet wtedy, gdy dawno już je podejrzewają.
Grzegorz wracał z łazienki. Słyszałam, jak odkręca kran, jak płucze ręce – te jego nawyki znałam na pamięć, od trzydziestu siedmiu lat. Natalia wyprostowała się na krześle, jakby nic się nie stało, i sięgnęła po szarlotkę. Ja odłożyłam widelec. Rosół stygł na talerzu.
Mieszkam sama w Siedlcach, w bloku przy Sokołowskiej, odkąd Tadek odszedł pięć lat temu. Zawał w sklepie, między regałem z pieczywem a nabiałem – tak się skończyło czterdzieści lat wspólnego życia. Przez trzydzieści lat pracowałam w urzędzie miasta, teraz jestem na emeryturze. Mam Grzegorza i mam jego córeczkę Zuzię, i to w zasadzie wszystko, co mnie trzyma.
Kiedy Tadek żył, pieniądze nie były tematem. Nie byliśmy bogaci, ale jakoś zawsze starczało. Po jego śmierci zostałam z emeryturą, z mieszkaniem i z książeczką oszczędnościową, którą Tadek prowadził od lat osiemdziesiątych. Niewiele tam było w przeliczeniu na dzisiejsze ceny – ale dla mnie to była poduszka bezpieczeństwa, taki mały mur między mną a bezradnością.
Grzegorz zaczął prosić o pieniądze jakieś dwa lata temu. Najpierw było łagodnie, naturalnie. Że Zuzia potrzebuje aparatu na zęby, a NFZ nie pokrywa. Że auto wymaga naprawy, a bez auta nie dojedzie do pracy.
Że w łazience pękła rura i remont pożarł więcej, niż planowali. Każdy powód brzmiał logicznie. Każdy z osobna – nic nadzwyczajnego. Dawałam. Bez pytań, bez pokwitowań. Bo to mój syn. Bo Tadek by dał.
Ale potem sumy zaczęły rosnąć. I pojawiać się częściej. I wyjaśnienia stawały się coraz bardziej skomplikowane – awaria pieca, dopłata do ubezpieczenia, jakieś wyrównanie za mieszkanie.
Raz, pod koniec zeszłego roku, dał mi do zrozumienia, że Natalia nie wie o tych pożyczkach. Że to “między nami”. Wtedy po raz pierwszy poczułam coś dziwnego. Nie niepokój jeszcze – raczej takie lekkie zachwianie, jakby ktoś przesunął mi krzesło o centymetr w bok.
A potem ta niedziela. Zupa, szarlotka, kawa. Zuzia bawiła się w pokoju, Grzegorz poszedł do łazienki. I Natalia – ta cicha, zawsze grzeczna Natalia, która przez osiem lat małżeństwa nie powiedziała mi złego słowa – nachyliła się nad stołem z oczami pełnymi czegoś, co wzięłam za złość, a co chyba było desperacją.
– Niech pani mu nie daje więcej pieniędzy – szepnęła. – On ich nie wydaje na to, co mówi.
– O czym ty mówisz? – odpowiedziałam, chociaż doskonale wiedziałam, o czym.
– Pani Wiesławo, ja wiem, że pani mu daje. On myśli, że nie wiem. Ale ja widzę przelewy na koncie. I to nie idzie na żaden remont.
Grzegorz wrócił do kuchni. Natalia jadła szarlotkę. Ja piłam herbatę i czułam, że coś mi pęka pod żebrami – coś, co przez dwa lata trzymałam razem siłą woli.
Przez następne trzy dni nie mogłam spać. Leżałam w ciemności i odtwarzałam każdą rozmowę z Grzegorzem z ostatnich dwóch lat. Te jego telefony – zawsze wieczorem, zawsze kiedy byłam sama, zawsze zaczynające się od “mamo, słuchaj, mam taki problem”.
Nigdy nie prosił przy Natalii. Nigdy przy Zuzi. Zawsze w cztery oczy, zawsze z tym swoim chłopięcym uśmiechem, tym samym, który działał na mnie, gdy miał sześć lat i chciał loda.
Zadzwoniłam do Natalii w środę. Grzegorz był w pracy.
– Powiedz mi – poprosiłam. – Na co on wydaje te pieniądze?
Cisza. Potem westchnienie.
– Gra, pani Wiesławo. W internecie. Zakłady sportowe, automaty, takie rzeczy. Przez telefon. Od ponad roku próbuję z nim rozmawiać, ale on mówi, że to nic takiego, że kontroluje sytuację.
Usiadłam na kanapie i patrzyłam na ścianę. Na zdjęcie Grzegorza z komunii – w białej koszuli, z książeczką do nabożeństwa, z uśmiechem na pół twarzy. Mój syn. Mój jedyny syn, który patrzy mi w oczy i kłamie. I ja, która daję mu na to pieniądze, bo łatwiej uwierzyć w pęknięte rury niż w prawdę.
W piątek przyjechał sam. Bez Natalii, bez Zuzi. Wiedziałam, po co – bo w czwartek pisałam mu, że musimy porozmawiać. Usiadł przy tym samym stole, na tym samym krześle. Wyglądał jak wtedy, gdy przynosił świadectwo z czerwonym paskiem – taki czujny i pewny siebie jednocześnie.
– Mamo, co się dzieje?
– Grzegorz, na co idą te pieniądze?
Zobaczyłam, jak mu twarz tężeje. Najpierw chciał zaprzeczyć – widziałam to w oczach, tę gotowość do kolejnej historii. Ale coś go zatrzymało. Może to, że nie odwróciłam wzroku. Może to, że nie podałam mu herbaty.
– Kto ci powiedział? – spytał cicho.
– To nie ma znaczenia. Powiedz mi prawdę.