Od miesiąca nie dostaję żadnej poczty – nawet awiza emerytury. Na poczcie pani sprawdziła: złożono wniosek o przekierowanie całej korespondencji na adres córki. Pod wnioskiem mój podpis, którego nie składałam. Urzędniczka spojrzała i spytała tylko: „To nie pani ręka, prawda?”
Nie, to nie była moja ręka. Ale wyglądała łudząco podobnie. Ktoś, kto znał moje pismo – kto widywał je codziennie przez lata na kartkach z zakupami, na podpisanych prezentach, pod życzeniami imieninowymi – ten ktoś odtworzył je prawie idealnie. Prawie. Bo litera „k” w moim nazwisku była za bardzo pochylona, a „a” na końcu imienia zaokrąglone inaczej niż zawsze. Małe rzeczy, które widzę tylko ja. I najwyraźniej pani z okienka numer trzy.
Wyszłam z poczty na miękkich nogach. Był piękny majowy poranek, lipy na Marszałkowskiej pachniały tak intensywnie, że normalnie stanęłabym i oddychała pełną piersią. Ale nie tego dnia. Tego dnia szłam przed siebie i myślałam tylko jedno: Renata. Moja jedyna córka. Moja Renatka.
Mam na imię Halina, od trzech lat jestem na emeryturze. Trzydzieści dwa lata przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach. Podpisy, parafki, dokumenty – to był mój chleb. Dlatego na poczcie od razu zobaczyłam, że coś nie gra. Ale potrzebowałam usłyszeć to od kogoś obcego, żeby uwierzyć.
„Może córka chciała pomóc” – powiedziała urzędniczka łagodnie, gdy odwróciłam się jeszcze w drzwiach. Spojrzałam na nią i nic nie odpowiedziałam, bo co tu odpowiedzieć? Pomóc? Komu – mnie? Nie prosiłam o żadną pomoc. Nikt mnie o nic nie pytał.
Renata ma czterdzieści lat. Mieszka z mężem Dariuszem na Ursynowie, mają dwójkę dzieci – Olka w ósmej klasie i małą Zuzię, która w czerwcu idzie do komunii. Widuję je co drugą niedzielę, kiedy Renata przywozi mi wnuki na obiad. Robię rosół, kotlety mielone, szarlotkę na kruchym cieście. Olek zjada trzy kawałki, Zuzia rozmazuje krem po talerzu. Renata pije kawę i patrzy w telefon. Tak wyglądało nasze życie – spokojne, przewidywalne. Myślałam, że normalne.
Problemy zaczęły się chyba zimą, choć wtedy tego nie widziałam. W grudniu,