Po śmierci mamy notariusz odczytał testament. Działkę w Kołobrzegu, o której nigdy nie słyszałam, zapisała mojemu bratu. Brat siedział spokojnie – wiedział o niej od lat.
Gdyby ktoś zapytał mnie jeszcze miesiąc temu, czy znam swoją matkę, roześmiałabym się. Oczywiście, że znałam. Znałam jej sposób krojenia cebuli – zawsze na drobniutkie kosteczki, nigdy w piórka.
Znałam zapach jej szafy – lawenda i stara wełna. Znałam nawet to, jak oddycha przez sen, bo ostatnie tygodnie spędziłam przy jej łóżku. Wiedziałam o niej wszystko. Tak mi się wydawało.
Notariusz miał kancelarię przy Gdańskiej, na drugim piętrze kamienicy, w której na parterze była kwiaciarnia. Pamiętam, bo wychodząc, spojrzałam na te kwiaty i pomyślałam, że powinnam kupić na grób. Potem pomyślałam, że nie chcę. Jeszcze nie teraz.
Byłam tam z Bogdanem. Mój młodszy brat, trzy lata różnicy, a czasem wydawało mi się, że trzydzieści. Bogdan zawsze był tym spokojniejszym, tym, który nie pyta, nie drąży, nie kłóci się przy stole.
Przyjechał z Torunia dzień wcześniej, nocował u mnie. Jedliśmy kolację w milczeniu, bo co miałam mówić? Mama nie żyła od dziesięciu dni i każde zdanie, które zaczynałam, wydawało mi się albo za duże, albo za małe.
Notariusz był łysy, miał okulary w cienkiej oprawce i mówił tym tonem, którym pewnie mówił do wszystkich – uprzejmie, ale bez emocji. Odczytał standardowe klauzule. Mieszkanie przy Nakielskiej zostawała mi. Meble, biżuteria, oszczędności na koncie – do podziału po połowie. A potem przeczytał zdanie, które zatrzymało mi oddech.
Działka rekreacyjna w Kołobrzegu, numer ewidencyjny taki i taki, przy ulicy Artyleryjskiej, o powierzchni czterystu dwudziestu metrów kwadratowych – na rzecz Bogdana Majewskiego.
Spojrzałam na brata. Bogdan siedział z rękami splecionymi na kolanach. Nie drgnął. Nie zdziwił się. Nawet nie mrugnął.
– Bogdan – powiedziałam, kiedy wyszliśmy na klatkę schodową. – Co to za działka?
– Mama ją kupiła. Dawno temu.
– Dawno temu to znaczy kiedy?
Wzruszył ramionami. Nie patrzył na mnie.
– Ze dwadzieścia lat temu. Może więcej.
Dwadzieścia lat. Dwadzieścia lat, podczas których jeździłam do mamy co niedzielę, dzwoniłam co wieczór, woziłam ją do lekarzy, stałam z nią w kolejkach do specjalistów. Dwadzieścia lat, podczas których wiedziałam – myślałam, że wiedziałam – o każdym jej rachunku, każdej wizycie, każdej decyzji.
– I ty o tym wiedziałeś – powiedziałam.
To nie było pytanie.
– Lucyna…
– Od kiedy?
Bogdan w końcu na mnie spojrzał. Miał twarz zmęczonego człowieka, nie winnego.
– Mama mnie tam zabrała z dziesięć lat temu. Pojechaliśmy na weekend.
Na weekend. Moja matka, która od lat powtarzała, że nigdzie nie jeździ, bo jej kolana, bo ciśnienie, bo po co – pojechała z Bogdanem na weekend do Kołobrzegu. Na działkę, o której istnieniu nie wiedziałam.
Wróciłam do domu i usiadłam w kuchni mamy. Już mojej kuchni, chociaż nic w niej jeszcze nie ruszyłam – kubki stały tak, jak je zostawiła, ściereczka wisiała na tym samym haczyku. Dwadzieścia osiem lat pracowałam w aptece na Chodkiewicza, od siedmiu jako kierowniczka zmiany.
Byłam osobą, która rozwiązuje problemy – recepty, leki, interakcje, zdenerwowani pacjenci. A teraz siedziałam przy stole mojej matki i nie umiałam rozwiązać najprostszego pytania: dlaczego mi nie powiedziała?