– Nie zamierzam przez całe lato obsługiwać twoich krewnych. Niech znajdą sobie inne miejsce na wypoczynek – oświadczyła stanowczo Wiktoria, składając na pół wydrukowaną listę gości.
Maksym podniósł wzrok znad telefonu. Na ekranie wciąż świecił rodzinny czat, gdzie jego matka już omawiała, kto w którym pokoju będzie spał i kto w jakich terminach „przyjeżdża na Wikine daczę”.
– Znowu zaczynasz? – zapytał po chwili milczenia. – Ludzie po prostu chcą odpocząć.
– Niech odpoczywają. Tylko nie na mój koszt i nie w moim domu bez mojej zgody.
Maksym zmarszczył brwi i odłożył telefon ekranem do dołu. – Wiku, to rodzina. Nie jacyś obcy.
– Właśnie dlatego powinni byli najpierw zapytać. Nie postawić mnie przed faktem dokonanym, nie rozpisywać czerwca i lipca tydzień po tygodniu, nie dyskutować, ile ręczników będą potrzebować, tylko zapytać gospodynię domu.
Mówiła spokojnie, ale palce na złożonej kartce wyraźnie napięły się. Na papierze widniały imiona, daty, życzenia, a nawet notatki zrobione przez Nadieżdę Wasiljewną: „Inge z dziećmi – duży pokój”, „Leonidowi – kanapa na werandzie”, „Wiku – zakup kaszę, mięso, warzywa”, „nie brać jednorazowych naczyń, niech myją normalne”.
Wiktoria nie od razu uwierzyła, że to na poważnie. Rano otworzyła rodzinny czat męża, do którego dodano ją jeszcze zimą i gdzie zwykle przesyłano życzenia, zdjęcia kotów i dyskutowano o tym, który lekarz jest lepszy w rejonowej przychodni. Tym razem czat tętnił życiem, jakby przygotowywano tam nie wypoczynek, a przesiedlenie całej osady.
Najpierw teściowa napisała: „Na daczy u Maksyma i Wiki jest dużo miejsca, można się wszystkim zebrać”. Potem szwagierka Inga zapytała, czy będzie mogła przyjechać z dwojgiem dzieci na trzy tygodnie, bo „chłopcy potrzebują powietrza”. Szwagier Leonid oznajmił, że weźmie urlop w lipcu i przyjedzie z żoną. Kuzynka męża poprosiła o informację, czy w domu jest mikrofalówka. Ktoś z siostrzeńców zapytał o internet. A Nadieżda Wasiljewna już pewnie rozdzielała obowiązki: Wiktoria gotuje, Maksym wita przyjeżdżających na stacji, Jurij Pietrowicz, teść, „zajmie się grillem”.
Nikt ani razu nie napisał: „Wiki, można?”
Dom należał do Wiktorii. Nie do Maksyma, nie do jego rodziców, nie do „rodziny w ogóle”, jak lubiła mawiać teściowa. Mały, dwupiętrowy dom z działką odziedziczyła po babci Raisie Stiepanownie. Po śmierci babci Wiktoria w ciągu sześciu miesięcy dopełniła formalności spadkowych, załatwiła dokumenty i stała się jedyną właścicielką. Maksym wtedy pomagał wozić deski, malować furtkę, naprawiać stopnie. Za to Wiktoria była mu wdzięczna. Ale pomoc nie zmieniała cudzej własności we wspólną.
– Mama po prostu zaproponowała – wymamrotał Maksym. – Nie ze złości.
– Twoja matka napisała już Inge, że ta może zająć sypialnię babci. Sypialnię, gdzie przechowuję babcine rzeczy. To też było „po prostu propozycja”?
Maksym odwrócił wzrok w stronę okna. – No, mama nie wiedziała.
– Doskonale wiedziała. Mówiłam jej wiosną, że tego pokoju nie oddaję gościom.
– Boże, Wiki, przecież nie można się czepiać każdego drobiazgu.
Wiktoria powoli położyła złożoną kartkę na stole. – To nie drobiazg. To mój dom. I jeśli dziś przemilczę, jutro twoja rodzina będzie uważać, że mają tam letni obóz z darmowym wyżywieniem.
Maksym zdenerwowany przeciągnął dłonią po twarzy. – Przedstawiasz wszystko tak, jakby przyjeżdżali cię objadać.
– A czy nie? Oto lista: „zakupić”, „przygotować”, „uprać pościel”, „dla dzieci osobno kaszę”. Kto ma to robić?
– No przecież i tak będziesz tam.
Wiktoria nawet nie odpowiedziała od razu. Spojrzała na męża uważnie, jakby po raz pierwszy usłyszała w jego głosie nie nieporozumienie, ale prawdziwe przekonanie: skoro żona jest na daczy, to automatycznie odpowiada za wszystkich.
– Będę tam odpoczywać, Maksym. We własnym domu. Nie pracować jako kierowniczka darmowego pensjonatu.
Chciał coś powiedzieć, ale w tej chwili telefon znów ożył. Na ekranie pojawiła się wiadomość od Nadieżdy Wasiljewny: „Maksym, zapytaj Wikę, gdzie ma duże garnki. Na dwadzieścia osób małymi się nie obejdziemy”.
Wiktoria krótko się uśmiechnęła. – Oto twoja odpowiedź. Maksym wziął telefon, przeczytał, spochmurniał, ale zamiast wesprzeć żonę, odpisał matce: „Później doprecyzuję”.
– Nie później – powiedziała Wiktoria. – Teraz.
– Co teraz?
– Teraz piszesz na czacie, że masowego przyjazdu nie będzie.
– Wiki, daj spokój bez gwałtownych ruchów. Mama się obrazi.
– Maksym, twoja matka już rozporządza moim domem. A ty martwisz się, że obrazi się na odmowę?
Wstał od stołu i przeszedł się po kuchni. Zwykle tak robił, gdy nie chciał odpowiadać wprost. Wiktoria obserwowała go i przypominała sobie, jak to się zaczęło.
Pierwsze lata małżeństwa Nadieżda Wasiljewna wydawała się jej głośną, ale dobrą kobietą. Mogła przyjechać bez zapowiedzi, przywieźć słoik ogórków, skrytykować ceny w sklepach, posiedzieć dwie godziny i wyjechać. Wiktoria nie sprzeczała się. Teściowa lubiła być potrzebna, lubiła wydawać polecenia, ale wtedy nie przekraczało to granicy.
Gdy Wiktoria otrzymała działkę, Nadieżda Wasiljewna ożywiła się. Najpierw poprosiła, by „zobaczyć jednym okiem”. Potem przyjechała z Jurijem Pietrowiczem na weekend. Później przywiozła Ingę z dziećmi, bo „chłopcom dobrze pobiegać”. Wiktoria przyjmowała gości, gotowała, ścieliła pościel, prała po ich wyjeździe i przekonywała siebie, że to tylko kilka dni.
Ale kilka dni szybko przerodziło się w nawyk. Inga zaczęła pytać nie „czy można przyjechać?”, a „w który weekend wolny?”. Leonid pewnego razu przywiózł kolegę, o którym Wiktoria dowiedziała się już przy furtce. Nadieżda Wasiljewna zaczęła przechowywać w szopie swoje stare wiadra i łopaty, tłumacząc, że „na wspólnej daczy się przydadzą”.
Po tych słowach Wiktoria po raz pierwszy poprawiła ją: – Dacza nie jest wspólna. Teściowa wtedy uśmiechnęła się zbyt szeroko. – No tak, twoja. Po prostu wszyscy jesteśmy swoi.
Wiktoria nie sprzeczała się, ale nieprzyjemny osad pozostał. Teraz ten osad zamienił się w gęstą bryłę, która utrudniała spokojny oddech. Nie zamierzała jednak wyrażać tego ładnymi, wyuczonymi frazesami. Wzięła telefon i sama otworzyła rodzinny czat.
– Co robisz? – zaniepokoił się Maksym.
– Piszę.
– Wiki, nie trzeba. Porozmawiam sam.
– Już rozmawiałeś. A raczej – nie rozmawiałeś.
Wpisała wiadomość, przeczytała i wysłała:
„Dobry wieczór wszystkim. Uściślam od razu, żeby nie było nieporozumień. Dacza należy do mnie. Masowego wypoczynku na całe lato nie będzie. Nikogo nie zapraszałam i nie wyrażałam zgody na rozdzielanie pokoi, terminów i obowiązków. Maksimum – indywidualne wizyty po wcześniejszym uzgodnieniu ze mną. Proszę nie planować urlopu w moim domu bez mojej zgody”.
Wiadomość poszła. Na czacie na kilka sekund zrobiło się cicho. Potem od góry zaczęły migać napisy: „Nadieżda Wasiljewna pisze”, „Inga pisze”, „Leonid pisze”.
Jako pierwsza odpowiedziała teściowa: „Wiki, obraziłaś się? Chciałyśmy się po dobroci spotkać”. Wiktoria napisała: „Nie obraziłam się. Wyznaczyłam granice”. Inga natychmiast przysłała: „Czyli moje dzieci nie mogą wyjść na powietrze? Rozumiem”.
Wiktoria popatrzyła na ekran i powoli wypuściła powietrze nosem. Obok Maksym z napięciem śledził wymianę zdań.
„Wasze dzieci mogą wyjść na powietrze. Do sanatorium, na ośrodek, do wynajętego domu, do przyjaciół, na wasz balkon. Ale nie do mojego domu na trzy tygodnie bez mojego zaproszenia” – odpowiedziała Wiktoria. Leonid ograniczył się do krótkiego: „Ostro”. Potem napisał Jurij Pietrowicz: „Nadia, mówiłem ci, najpierw trzeba było zapytać”. Po tym czat przycichł.
Maksym usiadł z powrotem przy stole. – No proszę. Teraz wszyscy się obrażą.
– Niech się obrażają. Obraza nie daje prawa do korzystania z cudzego majątku.
– Mogłaś łagodniej.
– Łagodnie milczałam trzy lata. Efekt leży przed tobą.
Postukała palcem w listę gości.
Noc minęła ciężko. Maksym prawie nie rozmawiał, odpowiadał krótko, demonstracyjnie długo mył kubek, potem poszedł do pokoju. Wiktoria nie goniła go. Wiedziała, że teraz każde słowo przerodzi się w nową kłótnię. Zamiast tego wyjęła teczkę z dokumentami na daczę, sprawdziła akty własności, wyciągi, rachunki za remont i odłożyła wszystko z powrotem. Nie dlatego, że zamierzała komuś udowadniać prawo własności. Po prostu chciała przypomnieć sobie: dom jest jej i bronić go nie jest wstydem.
Rano zadzwoniła Nadieżda Wasiljewna. – Wiki, po co wczoraj zhańbiłaś cały czat? – zaczęła bez powitania.
Wiktoria stała przy oknie i patrzyła, jak dozorca czyści ścieżkę z mokrych liści. – Nikogo nie zhańbiłam. Napisałam prawdę.
– Prawdę mogłaś mi powiedzieć osobiście.
– Pani osobiście mnie nie zapytała, zanim rozporządzała moim domem.
W słuchawce dało się słyszeć ciężki oddech. – Myślałyśmy, że jesteś normalną gospodynią. Ludzie przyjadą, pomogą, dzieciom będzie swoboda. Czy żal ci?
– Nie żal mi domu. Żal mi swojego czasu, sił i spokoju.
– No co tam robić? Ugotować, posprzątać, zmienić pościel. Kobieta w domu zawsze się tym zajmuje.
Wiktoria przymknęła oczy na chwilę. Nie ze słabości, tylko by nie powiedzieć zbyt ostro. – W moim domu kobieta zajmuje się tym, co sama postanowi.
– Och, Wiki. Zrobiłaś się trudna.
– Nie. Po prostu dotarliście do granicy, za którą przestałam się uśmiechać.
Teściowa zmieniła ton. Głos stał się łagodniejszy, niemal żałosny. – Chciałam jak najlepiej. Zebrać rodzinę. Wszyscy dawno się nie widzieli. Twój dom stoi pusty, a ludzie potrzebują wypoczynku.
– Mój dom nie stoi pusty. Są w nim moje wspomnienia, moje rzeczy, mój trud. I nawet gdyby stał pusty, nie czyniłoby go niczyim.
– Maksymowi też nie jest tam obce miejsce.
– Maksym jest moim mężem, ale właścicielem przez to nie został.
Zapadła długa cisza. Nadieżda Wasiljewna wyraźnie nie spodziewała się takiej bezpośredniości. – Czyli teraz będziesz liczyć, kto jest właścicielem, a kto nie?
– Tak. Gdy ktoś zaczyna rozporządzać moim domem, będę liczyć.
Teściowa rzuciła krótkie „rozumiem” i rozłączyła się. Godzinę później zadzwoniła Inga. Wiktoria nie odebrała. Potem przyszła wiadomość: „Mogłaś po ludzku. Dzieci już się nastawiły”. Wiktoria odpisała: „Dzieci nastawili dorośli, którzy nie zapytali gospodyni. Przykro mi, że tak wyszło, ale decyzja się nie zmieni”.
Do wieczora Maksym wrócił z pracy milczący. Zdjął kurtkę, przeszedł do kuchni, nalał sobie wody i przez kilka minut stał przy stole. – Mama płakała – powiedział.
– Przykro mi.
– I to wszystko?
– A co chciałbyś usłyszeć?
– Że można znaleźć kompromis.
Wiktoria odwróciła się w jego stronę. – Kompromis to wtedy, gdy obie strony coś wcześniej uzgadniają. A nie gdy jedna strona zawłaszcza mój dom na lato, a potem prosi mnie, żebym była bardziej miękka.
– Nie zawłaszczają.
– Więc dlaczego Inga już kupiła bilety na czerwiec?
Maksym gwałtownie podniósł wzrok. – Skąd wiesz?
– Napisała mi. Najwyraźniej postanowiła wywrzeć presję.
Mąż przeczesał włosy dłonią i usiadł. – Cholera.
– Właśnie.
Okazało się, że Inga rzeczywiście kupiła bilety sobie i dzieciom na trzy tygodnie. Leonid planował przyjechać później swoim samochodem. Nadieżda Wasiljewna już opowiedziała kilku krewnym, że „Wika przywita, rozmieści, nakarmi”. I teraz cała rodzina uważała nie jej dom za obcy, ale jej odmowę za kaprys.