„Ty chyba oszalałaś, Zuzanna. Matkę zostawisz samą?”
Głos mojego brata odbił się od ścian tak mocno, że aż sąsiadka uchyliła drzwi. Stałam w przedpokoju z torbą sportową, w kurtce, której nawet nie zdążyłam dopiąć. Mama siedziała na taborecie w kuchni i płakała ostentacyjnie, głośno, tak żeby wszyscy słyszeli. A ja czułam tylko dziwny ścisk w gardle i jedno zdanie, które od tygodni chodziło mi po głowie: albo wyjdę teraz, albo już nigdy.
„Sama? Serio?” – odwróciłam się do Pawła. „Od pięciu lat nie jest sama ani jednego dnia. To ja tu byłam zawsze.”
Parsknął, jakbym opowiadała dowcip.
„No tak, wielka męczennica się znalazła.”