Naprawdę? Czyli wam się już z rodziną siedzieć nie chce? – Marta prawie krzyczała do telefonu, a ja stałem w kuchni z kubkiem zimnej kawy i patrzyłem, jak Kasia zamiera przy zlewie. – Wiesz co, Antek, ja to przekażę wszystkim, bo to nie jest normalne.
Przez chwilę nic nie odpowiedziałem. Słyszałem tylko własny oddech i stukot kaloryfera. Głupi detal, a pamiętam go do dziś. Jakby całe napięcie weszło w ten dźwięk.
– Marta, my po prostu chcemy w tym roku zostać sami. Odpocząć. Tylko tyle.
– Odpocząć od kogo? Od nas? Od matki? Od rodziny?
Kasia odwróciła się do mnie i tylko szepnęła:
– Rozłącz się.
Nie rozłączyłem się. I może to był mój pierwszy błąd.
Od lat święta wyglądały tak samo. Najpierw gonitwa po sklepach, potem pakowanie prezentów po nocach, potem trzy dni jeżdżenia od domu do domu. U mojej mamy barszcz musiał być o konkretnej godzinie, u teściów nie wypadało przyjść „na chwilę”, a u Marty wszystko kończyło się tym, że i tak lądowałem przy zlewie albo z krzesłami z piwnicy, bo „Antek, ty jesteś złota rączka”. Kasia po każdych świętach była wypruta z sił. Ja też. Tylko że człowiek wmawia sobie latami, że tak trzeba.
W tym roku mieliśmy dość. Bez wielkiej ideologii. Chcieliśmy posiedzieć w piżamach, zrobić pierogi dzień wcześniej, obejrzeć film, iść na spacer, nie patrzeć na zegarek. Dla mnie to brzmiało jak luksus. Dla naszej rodziny – jak policzek.
Najgorsze zaczęło się dzień po telefonie od Marty. Najpierw zadzwoniła mama.
– Antek, co wy wyprawiacie? Marta mówi, że Kasia się obraziła i izoluje cię od ludzi.
Aż mnie ścisnęło w środku.
– Mamo, nikt mnie od nikogo nie izoluje. To nasza wspólna decyzja.
– Synu, ale święta są dla rodziny. Przecież ojciec już pytał, czy coś między nami jest nie tak.
To było właśnie to. Nigdy nie chodziło tylko o decyzję. Zawsze o narrację. Kto pierwszy zadzwoni, ten ustawia resztę.
Potem napisał brat: „Słabo. Marta płakała.”
Płakała. Jasne. I nagle to ja byłem tym, który doprowadził biedną Martę do łez, bo nie chciałem siedzieć trzeci dzień z rzędu przy stole i słuchać uwag, że nie mamy dzieci, że za mało bywamy, że kiedyś rodzina trzymała się razem.
Kasia próbowała trzymać fason, ale widziałem, jak to ją rusza.
– Widzisz? – powiedziała wieczorem, siedząc na łóżku z telefonem w ręku. – Wystarczyło, że powiedzieliśmy „nie”, i już jestem tą złą. Tą, co cię odciąga.
Usiadłem obok niej.
– Nie jesteś zła. Po prostu im wygodniej myśleć, że to ty, nie ja.
– Ale ty też obrywasz.
– Wiem.
I właśnie to bolało najbardziej. Bo z jednej strony czułem ulgę, że wreszcie próbujemy postawić granicę. A z drugiej miałem w głowie ten stary, wbity od dziecka odruch: dobry syn nie robi matce przykrości, dobry brat się dostosuje, dobry człowiek nie wybiera siebie. Proste? No niby tak. Tylko czemu kosztowało mnie to tyle nerwów.