Robert trzasnął drzwiami tak mocno, że w przedpokoju spadła ze ściany ramka ze zdjęciem ze ślubu.
***
Rozprawa odbyła się w środku upalnego lipca, w budynku sądu na Woli. W sali pachniało kurzem i tanim płynem do podłóg, pod sufitem obracał się ospale wiatrak. Tamara przyszła w granatowej sukience, z teczką pełną dokumentów: wyciągi z konta, umowa kupna mieszkania, historia leczenia Jasia, opinia psychologa. Robert spóźnił się dwadzieścia minut, śmierdziało od niego papierosami i potem.
Sędzina, starsza kobieta o zmęczonym spojrzeniu, przejrzała papiery i uniosła brew.
— Panie Robercie — powiedziała — z dokumentów wynika, że przez ostatnie trzy miesiące nie wpłacił pan ani złotówki na utrzymanie syna. Czy to prawda?
— Szukałem pracy… Byłem w trudnej sytuacji…
— Rozumiem. — Sędzina przerzuciła kilka kartek. — Widzę tu rachunki od pulmonologa, od alergologa, faktury za leki wziewne. Wszystko opłacone z konta pani Tamary.
Robert zerknął na byłą żonę. Siedziała wyprostowana, ze splecionymi dłońmi, i ani razu na niego nie spojrzała.
— To były jej oszczędności… — mruknął.
Sędzina zdjęła okulary i przez chwilę pocierała nasadę nosa. Potem westchnęła i sięgnęła po pieczątkę.
— Orzekam rozwód z winy pana.
Robert poderwał się z krzesła.
— Tysiąc dwieście?! Za co?!
— Może pan złożyć zażalenie w ciągu czternastu dni. Rozprawa zakończona.
Na korytarzu Robert dogonił Tamarę przy windzie.
— Tamara, zaczekaj! Przecież my możemy to załatwić inaczej. Po co ci ten cały cyrk? Ja wrócę, pójdę na terapię, tylko nie rób tego małemu…
Tamara nacisnęła guzik windy i odwróciła się do niego.
— Nie rób małemu? — powtórzyła cicho. — Pół roku słuchał, jak ojciec wyzywa matkę. Pół roku. Ja nie chcę, żeby mój syn dorastał i uczył się, że tak wygląda miłość.
Winda przyjechała. Tamara wsiadła i drzwi się zamknęły, zanim Robert zdążył cokolwiek powiedzieć.
***
Rok później, w październikowy wieczór, Tamara siedziała na dywanie w salonie i układała z Jasiem wieżę z kolorowych kubeczków. Chłopiec, już całkiem sprawny dwulatek, przewrócił konstrukcję i wybuchnął śmiechem tak głośnym, że aż sąsiadka zastukała w ścianę — ale tym razem był to przyjacielski stukot, umówiony sygnał, że właśnie wyjęła z piekarnika jabłecznik i zaraz go przyniesie.
Maja rozłożyła się na kanapie z laptopem, kończąc jakiś projekt do pracy, a Grażyna parzyła w kuchni melisę, swoją firmową, z miodem i sokiem malinowym.
— Tamciu! — zawołała Grażyna. — Wisisz mi zdjęcia Jasia z tego twojego nowego telefonu! Podobno w parku się darł na gołębie jak szalony, muszę to zobaczyć.
— Zaraz ci pokażę, tylko tę wieżę skończymy — Tamara sięgnęła po telefon i nagle ekran rozbłysł nieznajomym numerem.
Odebrała.
— Tamara? — głos w słuchawce był cichy, jakby dzwoniący bał się go podnieść. — Tu Robert.
Zamarła. Maja natychmiast uniosła wzrok znad komputera.
— Czego chcesz?
— Chciałem… zapytać o Jasia. Jak się czuje? Pamiętasz? Przepraszam, że nie dzwoniłem wcześniej. Byłem w Zgorzelcu. Pracuję tam na magazynie. Płacą marne grosze, ale da się przeżyć.
Tamara milczała. Za oknem padał pierwszy tej jesieni deszcz ze śniegiem, bębnił w parapet, miarowo i jednostajnie.
— Wiem, że nie masz powodu mi wierzyć — ciągnął Robert. — Ale ja naprawdę… Ja zrozumiałem. Mieszkam kątem u kolegi, sam płacę za wszystko i w końcu do mnie dotarło, jak bardzo cię skrzywdziłem. Przepraszam.
— Twoje przeprosiny przyjmuję — odparła Tamara. — Alimenty wpływają regularnie?
— Tak, co miesiąc.
— To dobrze. Jeśli chcesz zobaczyć Jasia, zadzwoń do Grażyny. Ona ustali termin. Na razie.
Rozłączyła się i przez chwilę stała przy oknie, patrząc na mokrą ulicę. W szybie odbijał się ciepły blask lampy z salonu i sylwetka Maja, która uniosła kciuk w górę.
— I jak? — zapytała Grażyna, wchodząc z tacą pełną parujących kubków.
— Dzwonił Robert. Przeprosił.
— A ty?
— A ja… — Tamara odwróciła się i wzięła z tacy kubek z melisą. Urwała, jakby szukała właściwego słowa, ale nie znalazła go. Wzruszyła ramionami. — Jestem tu. Ze swoim dzieckiem. W swoim mieszkaniu. To wystarczy.
Zdjęła z półki stary album ze zdjęciami, ten sam, który kiedyś spadł w przedpokoju. Ślubne fotografie dawno wyrzuciła, ale zostały zdjęcia z czasów, gdy była młodą dziewczyną z wydawnictwa. Uśmiechnięta, pełna energii, z plikiem świeżo wydrukowanych egzemplarzy swojej pierwszej książki w dłoni. Na grzbiecie, ledwie widoczne, nazwisko: Tamara Kwiatkowska. “Córka wiatru” — debiut, który dwa tygodnie po premierze trafił na listę bestsellerów Empiku.
— Ciekawe, czy jeszcze biorą tam manuskrypty — mruknęła do siebie i otworzyła laptop.
Na ekranie zalogowała się do starej, zakurzonej skrzynki mailowej. Przeklikała spam, archiwalne newslettery, aż znalazła folder “Wydawnictwo Horyzont — korespondencja”. Ostatni mail był sprzed czterech lat: “Szanowna Pani Tamaro, z przykrością informujemy, że nie planujemy wznowienia…” Zamknęła go i kliknęła “Nowa wiadomość”.
Kursor mrugał w pustym polu.
Tamara upiła łyk melisy i zaczęła pisać. “Drogi Panie Redaktorze, minęło sporo czasu…”