Plotki zaczęły się, zanim jeszcze przyjechało pogotowie. Ktoś mówił o tajemniczej truciźnie, ktoś inny — o przekleństwie. Nikt nie wiedział nic na pewno, ale każdy miał swoją wersję. A prawda była taka, że Kasia i Marek leżeli obok siebie na tylnym siedzeniu limuzyny, bladzi jak papier, z ledwo wyczuwalnym tętnem. Ona w sukni ślubnej, on w garniturze. Kwiaty porozrzucane, jej welon wciąż przypięty do włosów. Z restauracji “Pod Dębem” w samym centrum Lublina do szpitala wojewódzkiego było siedem minut drogi. Kierowca jechał na sygnale, ale i tak miał wrażenie, że czas stanął w miejscu.
W torebce Kasi, między puderniczką a zapasowymi pończochami, znaleźli kopertę. Kopertę, której nie wypuściła z rąk od rana.
Pięć miesięcy wcześniej Kasia Kowalska usłyszała wyrok. Rak trzustki w stadium zaawansowanym — tak przynajmniej stwierdził ordynator prywatnej kliniki w Warszawie, do której pojechała zaniepokojona wynikami podstawowych badań. Miała trzydzieści cztery lata, prowadziła własną pracownię witraży na Starym Mieście, wynajmowała kawalerkę z widokiem na Zamek. Nie miała dzieci, rodziców straciła w wypadku dziesięć lat wcześniej. Brat mieszkał w Irlandii i dzwonił raz na pół roku. W ciągu jednej rozmowy całe jej poukładane życie rozpadło się na kawałki, których nie dało się już złożyć.
“Zostały pani góra trzy miesiące. Proszę uporządkować swoje sprawy.”