— Córeczko, mieszkaj na razie u babci, a my z wujkiem Piotrem, jak tylko uporządkujemy sprawy mieszkaniowe, od razu cię zabierzemy — pakując jej rzeczy do dużej torby, matka odwracała wzrok, starając się nie patrzeć na dziewczynkę.
— Dlaczego nie mogę zostać z wami? — protestowała dziesięcioletnia Ola.
Zanim w ich życiu pojawił się ojczym, mieszkały we dwie w przytulnym, ciepłym mieszkaniu i nikomu niczego nie brakowało. Przestrzeń była w pełni wystarczająca, a wieczory upływały na spokojnych rozmowach i wspólnym czytaniu książek.
— Przecież sama widzisz, we troje będzie nam za ciasno — westchnęła matka, nerwowo zapinając zamek błyskawiczny. — Obiecuję, że wkrótce coś wymyślimy. Nie rób scen, proszę.
Całą drogę do malowniczej, lecz odległej wsi pod Warszawą Ola siedziała z czołem przyciśniętym do zimnej szyby rejsowego autobusu, obojętnie obserwując szary, deszczowy pejzaż, który przesuwał się za oknem. Matka próbowała coś mówić o nowym początku, o tym, jak ładnie jest na wsi, ale dziewczynka tylko milczco wzdychała, a w jej gardle rósł gęsty, bolesny supeł. Kiedy w oddali zarysowały się niski dachy wiejskich domów otoczonych staryми sadami, Ola spięła się wewnętrznie i ścisnęła w dłoni rączkę małego plecaka tak mocно, że knykcie jej palców zrobiły się zupełnie białe.
Na przystanku wiało chłodnym, jesiennym wiatrem. Czekała tam na nich wysoka staruszka w kolorowej dreci i długiej spódnicy sięgającej niemal do pięt. Na głowie miała mocно zawiązaną chustkę, na nogach błyszczące kalosze, przez co przypominała postać z dawnych, nieco mroчних bajek. Wyglądała jak surowa, szorstka babcia z opowieści o czarownicach.
— Mamo, oto jest, przyprowadziłam ją — wysiadając z autobusu, bez zbędnych sentymentów matka przekazała Olę staruszce prosto w ręce. — Poradzicie sobie same? Pojedziemy tym samym autobusem z powrotem, bo Piotr czeka w samochodzie.
Wcisnęła staruszce wielką torbę z rzeczami córki oraz plik zmiętych banknotów.
— Potem wyślę jeszcze resztę, przysięgam — rzuciła w biegu, pospiesznie wskakując do odjeżdżającego autobusu, nie oglądając się za siebie.
— No to chodź — staruszka bez wysiłku podniosła ciężką torbę i ruszyła szybkim, zdecydowanym krokiem. Ola ledwo dotrzymywała jej kroku, potykając się na nierównym, żwirowym chodniku.
— Rozgrzałam saunę, nupiekłam domowych naleśników z twarogiem — rzuciła babcia przez ramię tonem tak codziennym i naturalnym, jakby widziały się jeszcze wczoraj, a nie po kilku latach rozłąki.
Oli nagle napłynęły do oczu gorące łzy. Szybko otarła je rękawem kurtki, ale staruszka i tak to zauważyła, zatrzymując się na moment.
— Czego ryczysz na cały głos? Nie przyjechałaś do obcych ludzi, tylko do domu. Nazywam się babcia Helena. Zapomniałaś już chyba, co? Byłaś tu zupełnie mała, kiedy dziadek jeszcze żył i sadził te maliny za stodołą.
Dziewczynka nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc zacisnęła zęby i przemilczała. Jej małe serce pragnęło tylko jednego — natychmiast wrócić do Warszawy, do mamy, choćby miały gnieździć się w najmniejszym, najciemniejszym pokoju na świecie, byleby tylko razem.
— Szkoła jest dwa domy stąd. Jutro rano cię tam zaprowadzę, żebyś poznała nowych nauczycieli — oznajmiła surowo babcia Helena, nie zważając na minorowy nastrój wnuczki.
— A jeśli mama wkrótce po mnie przyjedzie? — zapytała drżącym głosem dziewczynka, szukając w oczach staruszki chociaż odrobiny nadziei. Perspektywa nowej szkoły, obcych dzieci i zupełnie innej rzeczywistości napawała ją panicznym lękiem.
— Jak przyjedzie, to pojedziesz, w czym problem? — prychnęła babcia, biorąc torbę mocniej pod pachę.
Tak mijały dni, jeden za drugim, zlewając się w monotonną szarą masę. Ola chodziła do wiejskiej szkoły, starała się uczyć, pomagała babci Helenie w prostych pracach domowych, a każdego popołudnia siadała przy oknie wychodzącym na drogę. Wpatrywała się w hrebeń otwartej furtki, naiwnie wierząc, że w każdej chwili rozlegnie się skrzypienie zawiasów, wejdzie uśmiechnięta mama i zabierze ją z powrotem do dawnego życia. Ale matka nie przychodziła.
Zjawiła się zaledwie raz, po wielu miesiącach. Wyglądała na zamożniejszą, nieco przytyła, ubrała się w modny płaszч. Przejeżdżając obok, miarowo cmoknęła Oli w policzek, a potem zamknęła się z babcią w kuchni, gdzie przez dłuższą godzinę głośno i namiętnie o coś się kłóciły. Przez zamknięte drzwi Ola zdołała dosłyszeć jedynie pojedyncze słowa matki: „noworodek”, „mieszkanie na kredyt”, „musisz zrozumieć naszą sytuację”.
I groźny, niski słuch babci Heleny: — To jest twoja krew, twoje dziecko! Zrobiłaś z niej sierotę przy żywej matce, bezduszna babo!
Ola zrozumiała, że te słowa dotyczą jej bezpośrednio, i w duchu poczuła przypлив nadziei — teraz mama na pewno weźmie ją ze sobą. Jednak po chwili drzwi się otworzyły. Matka wyszła z kuchni z mokrymi, zaczerwienionymi oczami i, dokładnie tak samo jak wtedy w Warszawie, unikając wzroku córki, zaczęła mówić szybko, nerwowo:
— Olusiu, kochana, musisz tu pobyć jeszcze trochę. Obiecuję ci, że jak tylko urządzimy pokoik dla malucha, od razu cię sprowadzę do miasta.
— Nie obiecuj, jeśli nie masz zamiaru dotrzymać słowa! — warknęła babcia Helena z taką mocą, że Ola aż držęła, a matka skurčila się w sobie, wydając się nagle mniejsza i słabsza. — Zjeżdżaj stąd natychmiast, nie dręcz dziewczynce serca! Kukułka jedna!
Kobieta pospiesznie wybiegła z izby, rzucając na pożegnanie winny, uciekający wzrok w stronę córki.
— Nic nie szkodzi — mruknęła babcia pod nosem, rozmawiając jakby sama ze sobą przy piecu. — Wychowamy, wykarminimy, na ludzie wyprowadzimy. Bez twojej łaski damy radę.