dku z własnych pieniędzy. Notariusz zapytał, czy jestem pewna. Powiedziałam, że tak. Jola zrobiła to samo tydzień później, w Łodzi.
I to by było na tyle. Temat zamknięty. Ciotka Irena pochowana, spadek odrzucony, życie toczyło się dalej.
Aż do tamtego telefonu od Krysi.
Kiedy się rozłączyłam, mąż patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
– Co się stało? Biała jesteś.
Opowiedziałam mu. Patrzył na mnie przez chwilę, a potem powiedział to, co sam pomyślał pierwszy.
– Danuta, on was oszukał. Nie było żadnych długów.
Wieczorem zadzwoniłam do Joli. Usłyszałam ciszę, a potem cichy głos siostry.
– Zaraz, zaraz. On sprzedał to mieszkanie? Ale my odrzuciłyśmy spadek. Jak on mógł…
– Bo on nie odrzucił – powiedziałam. – Jola, on nas namówił, żebyśmy odrzuciły, a sam przyjął. Wszystko wziął.
Kolejna cisza. Słyszałam, jak Jola oddycha. Potem zapytała cicho, jakby do siebie.
– Ale dlaczego?
I to było pytanie, które mnie bolało najbardziej. Nie – ile wziął. Nie – jak mógł. Tylko – dlaczego. Dlaczego własny brat, z którym jedliśmy wigilijną kolację, z którym chodziliśmy na grób rodziców, którego dzieci grały z naszymi dziećmi w podchody na działce – dlaczego ten człowiek postanowił nas okraść?
Nie dzwoniłam do Bogdana od razu. Potrzebowałam kilku dni. Chodziłam do pracy, ważyłam sery i wędliny, wydawałam resztę, a w głowie miałam tylko jedno – twarz brata, kiedy stał w moim salonie i mówił o długach Ireny. Spokojny, rzeczowy, troskliwy nawet. Jak wyglądał człowiek, który z premedytacją planuje oszukać siostry.
Zadzwoniłam w piątek wieczorem. Bogdan odebrał po trzecim sygnale.
– Bogdan, sprzedałeś mieszkanie Ireny – powiedziałam. Nie zapytałam. Stwierdziłam.
Cisza. Dłuższa niż te u Joli.
– Kto ci powiedział?
Nie – to nieprawda. Nie – pomyłka. Nie – mogę ci wyjaśnić. Tylko – kto ci powiedział. Jakby problem nie polegał na tym, co zrobił, a na tym, że się dowiedziałam.
– To nieważne. Powiedziałeś nam, że są same długi. Że mieszkanie obciążone. Kazałeś odrzucić spadek.
– Danuta, ty nie rozumiesz. Ta kawalerka wymagała remontu. Ja włożyłem w to pieniądze. Załatwiałem wszystko sam, wy nawet nie kiwnęłyście palcem.
I wtedy usłyszałam coś, co chyba zabolało mnie bardziej niż samo oszustwo. Bogdan naprawdę wierzył, że mu się należy. Że skoro pojechał do Kielc, skoro posprzątał mieszkanie, skoro załatwił pogrzeb – to ta kawalerka jest jego zapłatą. Nie pomyślał, żeby powiedzieć wprost – pomóżcie albo pozwólcie mi wziąć więcej. Nie zaproponował podziału, w którym dostanie większą część. Wybrał kłamstwo, bo było prostsze.
– Mogłeś powiedzieć – odezwałam się. – Mogłeś powiedzieć, Danuta, Jola, włożyłem pieniądze w pogrzeb i w remont, odliczmy to i podzielmy resztę. Nikt by się nie kłócił.
– Ty nie wiesz, ile ja tam wydałem – zaczął się tłumaczyć, ale już nie słuchałam. Bo to nie były wyjaśnienia. To było szukanie wymówki, która brzmi wystarczająco dobrze, żeby sam mógł w nią uwierzyć.
Sprawdziłam potem. Prawnik powiedział mi, że po odrzuceniu spadku u notariusza praktycznie nie da się tego cofnąć. Można próbować podważyć oświadczenie, powołując się na błąd – że zostałam celowo wprowadzona w błąd przez brata. Ale to sąd, lata, koszty, dowody. I żadnej gwarancji.
Jola powiedziała, że nie ma siły na proces. Że te pieniądze nie są warte tego, żeby ciągać się z bratem po sądach. Że woli go po prostu skreślić.
Ja jeszcze nie wiem, co zrobię. Mija czwarty miesiąc od tamtego telefonu od Krysi. Bogdana nie widziałam od pogrzebu Ireny. Na imieniny nie zadzwonił, ja też nie. Moja córka pyta, czy wujek Bogdan przyjedzie na Wszystkich Świętych, jak co roku. Mówię – zobaczymy. Ale wiem, że nie przyjedzie.
Czasem myślę o ciotce Irenie. O jej mieszkaniu z balkonem na południe, z widokiem na skwer. Zastanawiam się, czy gdyby wiedziała, co Bogdan zrobi, zapisałaby to mieszkanie inaczej. A może wiedziała. Może dlatego nie napisała testamentu – bo wierzyła, że rodzeństwo potrafi się dogadać. Że nas nie trzeba od siebie chronić.
Myliła się.