Kiedy Anna wspomniała o imprezie z okazji ukończenia szkoły, ledwo podniosłem wzrok znad telefonu.
Stała przy kuchennym blacie, z luźno upiętymi włosami, jak zawsze, kiedy udaje, że to nieważne, choć ważne. Panował typowy chaos. Jedno dziecko nie mogło znaleźć swoich butów. Inne beształo swoje dziecko za matematykę. A niemowlę uderzało łyżeczką o tackę krzesełka do karmienia.
Nasze życie. Głośne, nudne, pełne wszystkiego.
„Spotkanie z okazji dziesiątej rocznicy jest w przyszłym miesiącu” – powiedział lekko. „Pomyślałem, że pójdę”.
Zaśmiałem się krótko.
Nie dlatego, że było śmieszne. Raczej dlatego, że uznałem to za niepotrzebne.