W międzyczasie myślałem o Annie, która miała dwadzieścia dwa lata i spodziewała się naszego pierwszego dziecka, podczas gdy jej koleżanki były na stażach i studiach magisterskich. Myślałem o nocach, kiedy chodziła po salonie z bolącym brzuszkiem, a ja spałem, bo „rano mam spotkanie”. Myślałem o urodzinach, które planowała w najdrobniejszych szczegółach. O przekąskach, które przygotowywała. O wizytach u lekarza, o których pamiętała. O maleńkich bucikach, które co wieczór ustawiała w rzędzie przy drzwiach.
I jak łatwo podsumowałem to wszystko jednym słowem: „po prostu”.
Anna zeszła po schodach i zatrzymała się, gdy zobaczyła mnie przy stole. Rama stała przede mną.
„Otworzyłeś je” – powiedział.
Nie był zły.
Był zmęczony.
„Przepraszam” – powiedziałam natychmiast. Mój głos zadrżał. „Nie powinnam była tego mówić. Myliłam się”.
Nie odpowiedział od razu. Podszedł, przesunął palcami po podpisach i zatrzymał się na kilku znajomych nazwiskach.