Kupiłam wnuczce pianino, bo marzyła o lekcjach muzyki. Przez rok woziłam ją na zajęcia w każdy wtorek. W czerwcu synowa sprzedała pianino na OLX, bo “zajmowało miejsce w pokoju”.
Gdyby nie Basia z mojego dawnego biura, pewnie do dziś myślałabym, że Hania po prostu straciła zapał do gry. Że to normalne – dzieci się zapalają i gasną, a ja znowu przesadzam.
Ale Basia przesłała mi zrzut ekranu z OLX i napisała tylko: “Krystyna, to nie Twoje pianino?” I wszystko, co budowałam przez ostatni rok – radość wnuczki, moje wtorkowe wyprawy przez pół miasta, ta bliskość, której tak mi brakowało – runęło w ciągu jednej minuty.
Zdjęcie było ostre. Moja klawiatura Yamaha, ten konkretny model, który wybrałyśmy razem z Hanią w sklepie muzycznym na Tumskiej. Poznałam nawet rysę na boku – Hania zrobiła ją przypadkiem wózkiem od lalek, kiedy grała swoje pierwsze “Wlazł kotek na płotek”.
Cena: tysiąc dwieście złotych. Opis: “Pianino cyfrowe, stan bardzo dobry, sprzedam, bo córka nie korzysta”. Córka nie korzysta. Trzy słowa, od których zakręciło mi się w głowie.
Mam sześćdziesiąt trzy lata i przez czterdzieści z nich pracowałam jako księgowa – najpierw w spółdzielni mleczarskiej, potem w prywatnej firmie budowlanej. Liczby to moje życie.
Umiem policzyć wszystko: podatki, odpisy, amortyzację, ale też ile razy w ciągu ostatnich dwóch lat Marta, moja synowa, dała mi do zrozumienia, że jestem zbędna. To akurat łatwo zsumować, bo tych razów było więcej niż pozycji w bilansie rocznym.
Wojciech, mój jedyny syn, ożenił się z Martą osiem lat temu. Na początku było grzecznie. Marta przychodziła na niedzielne obiady, przynosiła ciasto z cukierni, mówiła “mamo” bez zawahania. Wszystko się zmieniło, kiedy urodziła się Hania.
Nie od razu – raczej powoli, jak rdza, która wżera się w metal. Marta zaczęła trzymać dystans. Telefony rzadziej, wizyty z wymówkami, święta “u jej rodziców, bo tak wypada naprzemiennie”. Wojciech powtarzał: “Mamo, nie przesadzaj, Marta jest po prostu zmęczona”.
A potem, półtora roku temu, Hania powiedziała coś, co zmieniło wszystko.
Miałam ją u siebie na weekend – jeden z tych rzadkich weekendów, które Marta “łaskawie” mi przyznawała. Siedziałyśmy w kuchni, Hania jadła naleśniki z dżemem i nagle powiedziała: “Babciu, w szkole jest kółko pianina. Magda gra i jest takie piękne. Ja też chcę grać, ale mama mówi, że nie mamy pieniędzy na takie głupoty”. Głupoty. Siedmioletnia dziewczynka powtórzyła to słowo z taką dorosłą rezygnacją, że ścisnęło mi się serce.