…i podniosłam głowę i spojrzałam mu prosto w oczy.
Było w nich coś, czego wcześniej u niego nie widziałam. Nie płacz, nie strach. Raczej taka cicha, uparta decyzja, jakby coś sobie obiecał, tylko jeszcze nie miał siły tego wypowiedzieć na głos.
Podszedł do mnie, kiedy już miałam płaszcz na sobie.
— Babciu… — powiedział cicho, jakby bał się, że ktoś go usłyszy. — Ja… ja po ciebie wrócę. Dobrze?
Uśmiechnęłam się wtedy. Nie dlatego, że mu uwierzyłam. Tylko dlatego, że chciałam, żeby zapamiętał mnie spokojną.
— Dobrze, Michałku — odpowiedziałam. — Będę czekać.
Nie powiedziałam, że życie rzadko daje takie powroty. Nie powiedziałam, że dorośli zapominają o obietnicach składanych w dzieciństwie. Nie chciałam mu odbierać tego jedynego, co w tamtej chwili miał — poczucia, że coś jeszcze zależy od niego.
Droga do domu opieki była krótka i strasznie długa jednocześnie. Nikt prawie się nie odzywał. Andrzej prowadził, patrząc tylko przed siebie. Irena pisała coś w telefonie. A Michał siedział obok mnie i ani razu nie odwrócił wzroku.
Kiedy wysiedliśmy, złapał mnie za rękę. Mocno. Tak, jakby bał się, że jeśli puści, to już nigdy mnie nie zobaczy.
A potem puścił.
Minęło pięć lat.
Na początku liczyłam dni. Potem tygodnie. Potem przestałam liczyć cokolwiek. W domu opieki wszystko płynie inaczej — dni są podobne, ludzie przychodzą i odchodzą, a czas staje się czymś miękkim, rozciągniętym.
Andrzej przyjeżdżał coraz rzadziej. Najpierw co miesiąc, potem na święta, potem tylko dzwonił. Zawsze był zajęty. Zawsze „wkrótce”.
Michała nie było ani razu.