Czasem myślałam o tamtej obietnicy i łapałam się na tym, że jednak gdzieś głęboko czekam. Głupio, po cichu, żeby samej przed sobą się do tego nie przyznać.
Aż do dnia jego osiemnastych urodzin — choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.
To był zwykły dzień. Taki jak setki innych. Siedziałam przy oknie, patrzyłam na drzewa i myślałam o niczym. Ktoś wszedł do środka. Usłyszałam kroki. Inne niż zwykle. Pewniejsze.
— Babciu.
Odwróciłam się.
Stał w drzwiach. Wyższy, szczuplejszy, już nie chłopiec. Twarz miał poważną, ale oczy… oczy były te same.
— Michał? — wyszeptałam.
Podszedł bliżej. Uśmiechnął się lekko, jakby nie był pewien, czy mu wolno.
— Mówiłem, że wrócę — powiedział. — Babciu, zbieraj się.
Patrzyłam na niego i przez chwilę nie rozumiałam.
— Jak to…?
— Normalnie. — Wzruszył ramionami. — Mam mieszkanie. Małe, ale nasze. Pracuję. Studiuję zaocznie. Da się. Sprawdzałem wszystko. Już rozmawiałem tutaj z kierownictwem.
— Twój ojciec… — zaczęłam.
— Wie — przerwał spokojnie. — I się nie zgadza. Ale ja mam osiemnaście lat. Mogę decydować.
Zamilkłam.
— Dlaczego? — zapytałam w końcu.
Westchnął cicho i usiadł obok mnie.
— Bo wtedy… — zawahał się — …wtedy nic nie mogłem zrobić. A wiedziałem, że to nie w porządku. I obiecałem sobie, że jak tylko będę mógł… to cię stąd zabiorę.
Poczułam, jak coś ściska mnie w gardle.
— Czekałam — powiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Uśmiechnął się szerzej.
— Wiedziałem.
Nie spakowałam się szybko, jak tamtego dnia. Tym razem robiłam to powoli. Dokładnie. Jak ktoś, kto nie ucieka, tylko wraca do życia.
Kiedy wychodziliśmy, Michał znowu złapał mnie za rękę.
Tym razem nie puścił.