Z trzech lat opłacam wnuczkę korepetycji z angielskiego. W odpowiedzi na żądanie, jak mówi do dzieci – że babcia jest “trochę naiwna, ale podstawowe daje kasę na buty”
Stałam na korytarzu z talerzem kanapek i kubkiem kakao, bo Patrycja przekazała mi od rana i jeszcze nic nie jadła. Drzwi do pokoju były uchylone – nie na oścież, ale na tyle, żeby słowa przeszły przez szparę jak nóż przez masło.
„Babcia? Nie wiesz, taka trochę naiwna jest. Ale podstawowe daje kasę na buty, więc spoko.”
Nie muszę. Odstawiłem talerz na komodę w przedpokoju, bezszelestnie, jakbym kradła we własnym mieszkaniu. Kakao rozlało się trochę na serwetę, tę szydełkową po mamie. Nie wytarłam. Wróciłam do kuchni i usiadłam przy stole, a opłata mi się trzęsła jak po godzinie stania przy taśmie.
Mam na imię Małgorzata. Przez jeden lat pracyam jako szefowa fabryki w fabryce plastikowej pod Płockiem. Wstawałam o czwartej ostatniej, wracałam o piętnastej, a potem dostałam obiad, sprzątałam i sprawdzałam Magdzie klasy.
Magda to moja córka, matka Patrycji. Jedynaczka, bo Staszek, mój mąż, umarł na serce, kiedy Magda miała dwanaście lat, jakoś potem nie u siebie życia z nikim innym.