Brat zaproponował, że wyremontuje mi łazienkę, bo “zna fachowca, który zrobi tanio”. Zgodziłam się, dałam dziesięć tysięcy na materiały. Fachowiec rozebrał kafelki, wyrwał wannę i zniknął.
Dziura w podłodze miała kształt prostokąta – dokładnie tyle, ile zajmowała wanna, która jeszcze trzy miesiące temu tutaj stała. Teraz sterczały z niej rury, a na ścianach zostały jasne ślady po kafelkach, jak odciski palców po czymś, co zniknęło.
Co wieczór mijam tę dziurę w drodze do kuchni. I co wieczór myślę o tym samym – że wannę zabrał obcy człowiek, ale zaufanie zabrał mi brat.
Mam na imię Grażyna, skończyłam w styczniu pięćdziesiąt dziewięć lat. Od dwudziestu sześciu pracuję w szkółce ogrodniczej na obrzeżach Łodzi – sadzę, przesadzam, przycinam, pakuję zamówienia. Ręce mam szorstkie od ziemi i nawet w niedzielę pod paznokciami zostaje ciemna obwódka, której żaden mydło nie ruszy.
Mieszkam sama w bloku na Widzewie, w dwupokojowym mieszkaniu po rodzicach. Mąż odszedł jedenaście lat temu – nie do innej kobiety, po prostu odszedł. Powiedział, że potrzebuje przestrzeni. Dostał ją, całe mieszkanie na Retkini, a ja zostałam z kafelkami z lat osiemdziesiątych i kaloryferem, który grzał, kiedy chciał.
Łazienka była moim wstydliwym miejscem. Zielone kafle, odpadające przy samej podłodze. Fuga czarna od lat, choć szorowania nie żałowałam. Wanna z rysą, przez którą woda lekko sączyła się pod emalia.
Sąsiadka Jadźka z dołu mówiła, że u niej na suficie robi się plama. Wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić, ale remont łazienki to nie jest wymiana zasłonek – to pieniądze, bałagan, fachowcy i nerwy.
I wtedy odezwał się Romek.
Romek to mój młodszy brat, pięć lat różnicy. Zawsze był tym, który “zna kogoś”. Potrzebujesz mechanika – Romek zna. Chcesz tańszy węgiel – Romek załatwi. Przez lata ta jego zaradność wydawała mi się pocieszna, a czasem nawet przydatna. Nie przyszło mi do głowy, że pewnego dnia obróci się przeciwko mnie.
“Grażka, ja mam takiego fachowca, Darek się nazywa, złota rączka” – powiedział Romek, kiedy w marcu wspomniałam o łazience. “On ci to zrobi za połowę tego, co wezmą w firmie. Materiały kup sama, a on przyjdzie i zacznie.”
Zapytałam, ile potrzebuję na materiały. Romek zadzwonił do tego Darka, wrócił z wyliczeniem – kafle, klej, fuga, rury, nowa wanna, bateria, syfon, drobnica. Dziesięć tysięcy złotych. Kwota poważna dla kogoś, kto zarabia tyle co ja, ale tata zostawił trochę na koncie oszczędnościowym, więc sięgnęłam po te pieniądze. Dałam je Romkowi, żeby przekazał Darkowi – bo to Darek miał kupić wszystko hurtowo, taniej.
Pierwsze dni wyglądały obiecująco. Darek pojawił się w poniedziałek rano, niski, krępy facet w roboczym kombinezonie, z walizką narzędzi. Skuł kafle w jeden dzień. We wtorek wyrwał wannę. W środę wymontował stary syfon i podłączenia. W czwartek powiedział, że musi jechać po materiały do hurtowni, bo czegoś brakowało.
I już nie wrócił.
Czwartek, piątek, weekend. Dzwoniłam do Romka – “muszę go złapać, pewnie ma inne zlecenie, zaraz pogadam”. Poniedziałek, wtorek. “Grażka, nie odbiera, ale spokojnie, on tak ma, weźmie się za robotę”. Kolejny tydzień. “Słuchaj, zmienił numer, ale ja go znajdę”.