Wzięłam telefon męża, żeby sprawdzić godzinę autobusu. Znalazłam coś znacznie gorszego
Autobus do Kielc odjeżdżał o trzynastej dwadzieścia. To pamiętałam. Stałam jednak w przedpokoju z telefonem Grzegorza w dłoni i nie mogłam skupić się na rozkładzie jazdy. Na ekranie była otwarta rozmowa. Ostatnia wiadomość, wysłana zaledwie dwie godziny wcześniej, brzmiała:
„I co, powiedziałeś jej już?”
Nadawcą był kontakt zapisany jako „Wiesiek warsztat”. Nazwa nie wzbudzała podejrzeń. Grzegorz rzeczywiście miał kolegę o tym imieniu. Jednak coś w tej wiadomości od razu wydało mi się niepokojące.
Przewinęłam rozmowę wyżej. Ręce miałam mokre od krojenia ogórków do sałatki, którą chciałam zabrać siostrze. Kolejne wiadomości sprawiły, że serce zaczęło bić szybciej.
„Nie mogę tak z dnia na dzień. Trzeba to jakoś rozegrać.”
A potem:
„Grzesiek, to już pół roku. Albo jej powiesz, albo ja to zrobię.”
Pół roku.
Odłożyłam telefon dokładnie tam, gdzie leżał. Ekranem do dołu, obok kluczy i paragonu z marketu. Wróciłam do kuchni i zaczęłam kończyć sałatkę, choć myślami byłam już zupełnie gdzie indziej.
Mam na imię Jolanta. Od dwudziestu sześciu lat jestem żoną Grzegorza. Mieszkamy w Radomiu, na trzecim piętrze bloku przy ulicy Chrobrego. Mamy dwoje dorosłych dzieci – Patryka i Karolinę. Nasze życie przez lata wydawało się zwyczajne, przewidywalne i bezpieczne.
Pracuję w zakładzie krawieckim. Skracam spodnie, zwężam sukienki, poprawiam marynarki. Grzegorz prowadzi niewielki warsztat samochodowy. Wracał do domu o różnych porach, ale nigdy mnie to nie dziwiło. Taki charakter pracy.
Tego dnia po raz pierwszy zaczęłam patrzeć na wszystko inaczej.
Usiadłam przy stole i próbowałam przypomnieć sobie ostatnie miesiące. Jeśli romans trwał pół roku, wszystko zaczęło się zimą. Grudzień. Święta. Rodzinne spotkania. Zwyczajne dni, które nagle zaczęły nabierać nowego znaczenia.
Przypomniałam sobie, że Grzegorz częściej zostawał w warsztacie. Bywał zamyślony, ale jednocześnie spokojniejszy niż zwykle. Pozmywał po wigilijnej kolacji bez proszenia. Drugiego dnia świąt pojechał „coś sprawdzić” w pracy.
Wtedy nie zwróciłam na to uwagi.
Teraz każda taka sytuacja wracała do mnie z nową siłą.
Autobus miał odjechać za godzinę. Miałam pojechać do siostry Teresy do Kielc. Po operacji biodra potrzebowała pomocy przy zakupach i codziennych obowiązkach.
To miał być zwykły piątek.
Zamiast tego wróciłam do telefonu i otworzyłam rozmowę ponownie.
Tym razem przeczytałam wszystko od początku.