Prawda ukryta pod nazwą „Wiesiek warsztat”
Już po kilku wiadomościach wiedziałam, że „Wiesiek” nie był żadnym Wieśkiem.
Po drugiej stronie ekranu była kobieta.
Początkowo wiadomości były krótkie i rzeczowe. Dotyczyły warsztatu, spotkań i codziennych spraw. Z czasem stawały się coraz bardziej osobiste.
„Tęskniłam.”
„Dzwoń, kiedy będziesz mógł.”
„U mnie dobrze. Kot zdechł, ale nie chcę o tym teraz rozmawiać.”
Grzegorz odpowiadał tak, jak zawsze mówił – krótko, oszczędnie, bez zbędnych słów.
Jednak jedna wiadomość zatrzymała mnie na dłużej.
„Aga, ja sam nie wiem, co robię. Ale przy tobie jest mi dobrze i to chyba wystarczy na teraz.”
Aga.
W końcu miała imię.
Usiadłam na ławeczce w przedpokoju. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Patrzyłam na kurtkę Grzegorza wiszącą na wieszaku i próbowałam zrozumieć, kiedy nasze życie zaczęło się rozpadać.
Przypomniałam sobie, że w styczniu rzucił palenie. Był z siebie dumny. Ja też byłam dumna.
Nagle zaczęłam się zastanawiać, czy zrobił to dla siebie, czy może dla niej.
Myśli nie dawały spokoju. Rozsypywały się i wracały w najmniej oczekiwanych momentach.
W końcu zamknęłam mieszkanie i pojechałam do Kielc.
Na przystanku spotkałam sąsiadkę z parteru.
Rozmawiałyśmy chwilę o Teresie i jej zdrowiu. Kiedy zapytała, czy Grzegorz zostaje sam w domu, odpowiedziałam spokojnie:
– Sam zostaje.
Brzmiałam normalnie. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Przez całą drogę autobusem patrzyłam przez okno. Mijały znajome krajobrazy, ale nic nie wyglądało już tak samo.
Najbardziej bolało mnie jedno zdanie.
„Przy tobie jest mi dobrze i to chyba wystarczy na teraz.”
Zastanawiałam się, co oznaczało „na teraz”. Czy czekał na odpowiedni moment? Czy planował odejść? A może sam nie wiedział, czego chce?
Przez trzydzieści lat budowaliśmy wspólne życie. Wspólne święta, rachunki, rodzinne uroczystości i codzienne rytuały.
Nagle zaczęłam się zastanawiać, czy wszystko to było jeszcze prawdziwe.