„Masz jej nic nie mówić, słyszysz? Nic”.
Usłyszałam to w kuchni, stojąc boso na zimnych kafelkach, z kubkiem herbaty w ręku. Mama mówiła szeptem do mojej ciotki Jolanty, ale w naszym małym mieszkaniu w bloku w Radomiu nawet szept potrafił przeciąć powietrze jak nóż. Chwilę później weszłam do środka, a one obie urwały rozmowę tak nagle, że aż zadzwoniła łyżeczka o szklankę.
„O czym mam nie wiedzieć?”
Mama odwróciła się za szybko. Miała bladą twarz i oczy czerwone jak po nieprzespanej nocy.
„O niczym, Zosiu. Ciotka przyszła tylko na kawę”.
I wtedy skłamała. Wiedziałam to od razu. Nie dlatego, że byłam taka bystra. Po prostu znałam swoją matkę. Nigdy nie bawiła się rękawem swetra, kiedy mówiła prawdę.
Tata zniknął trzy dni wcześniej. Wyszedł rano „tylko do pracy”, w swojej znoszonej granatowej kurtce, zabrał drugie śniadanie zawinięte w papier i rzucił jeszcze z przedpokoju: „Wieczorem kupię ci te zeszyty do matury”. Nie wrócił.
Na początku wszyscy mówili to samo. Że może telefon mu padł. Że może pojechał gdzieś z kierownikiem. Że może musiał zostać na noc. Tyle że tata nigdy tak nie robił. Nigdy. Był człowiekiem do bólu przewidywalnym. Praca, dom, obiad, wiadomości, czasem piwo w sobotę. A jednak nagle zapadł się pod ziemię.
Mama zgłosiła zaginięcie dopiero następnego dnia wieczorem. Wcześniej chodziła od okna do okna i powtarzała, że zaraz zadzwoni, że zaraz wejdzie, że może autobus mu uciekł. Patrzyłam na nią i czułam, jak coś ciężkiego osiada mi na klatce piersiowej.
Potem zaczęły się telefony. Krótkie. Urwane. Mama wychodziła z nimi na balkon, mimo zimna. Raz usłyszałam, jak mówi:
„Ja nic nie powiem dziewczynie. Rozumiesz? Ona i tak ledwo śpi”.
Dziewczyną byłam ja. Miałam dziewiętnaście lat i nagle czułam się jak małe dziecko, które wszyscy próbują odsunąć od stołu, bo dorośli rozmawiają o czymś strasznym.
W końcu nie wytrzymałam.
„Mamo, powiedz mi prawdę”.
Siedziała przy stole, ściskając kubek tak mocno, że pobielały jej knykcie.
„Prawda jest taka, że tata zaginął”.
„Nie. To już wiem. Co przede mną ukrywasz?”
Spojrzała na mnie i pierwszy raz zobaczyłam w jej oczach nie tylko ból, ale też lęk. Surowy, zwierzęcy lęk.
„Zosia, czasem lepiej czegoś nie wiedzieć”.
Aż mnie zatkało.
„Lepiej dla kogo? Dla mnie czy dla ciebie?”
Nie odpowiedziała.