– To chyba żart – powiedziałam, ściskając paragon tak mocno, że aż rozdarł mi się w palcach. – Znowu mam wszystko załatwić sama?

Marek nawet nie podniósł wzroku znad telefonu.

– Ela, nie przesadzaj. Ja mam pracę, dzieci, kredyt. Ty zawsze sobie poradzisz.

To jedno zdanie uderzyło mnie mocniej niż wszystko inne. Ty zawsze sobie poradzisz. Jakby to była pochwała. A dla mnie to przez lata brzmiało jak wyrok.

Mama siedziała przy stole w swetrze narzuconym na ramiona, chudsza niż jeszcze miesiąc wcześniej. Na blacie stała zimna herbata, obok skierowanie do szpitala i rachunki, których nikt poza mną nawet nie dotknął. W kuchni pachniało rosołem z wczoraj i jakimś starym zmęczeniem, które znałam od dziecka.

Od kiedy tata umarł, wszystko zaczęło się kręcić wokół mamy. To było niby naturalne. Tylko że z czasem przestałam być córką, a zostałam kimś między kierowcą, pielęgniarką, księgową i workiem na cudze pretensje. Marek przyjeżdżał raz na dwa tygodnie, przywoził mandarynki, siedział pół godziny i mówił:

– Musimy trzymać się razem.

A potem wychodził. I zostawałam z tym „razem” sama.

Mój mąż, Paweł, długo nic nie mówił. Na początku jeszcze mnie wspierał. Jeździł ze mną do apteki, wnosił zakupy, naprawił mamie cieknący kran. Ale potem coraz częściej wracałam do domu i widziałam jego twarz, tę cichą, zamkniętą złość.

– Zjesz z nami kolację? – pytał.

– Nie dam rady, muszę jeszcze do mamy.

– Byłaś tam już rano.

– Bo trzeba było odebrać wyniki.

– Ela…

Tylko tyle. „Ela”. A w tym jednym słowie było więcej samotności niż w niejednej kłótni.

Najgorsze przyszło w listopadzie. Mama trafiła do szpitala z zapaleniem płuc. Przez trzy dni praktycznie nie wychodziłam z oddziału. Marek oczywiście „nie mógł”. Paweł dzwonił, pytał, czy wrócę na noc. Mówiłam, że nie wiem. Naprawdę nie wiedziałam. Czułam tylko, że jeśli na chwilę odpuszczę, wszystko się zawali i wszyscy spojrzą na mnie, jakbym zawiodła.