– Ty w ogóle musisz teraz robić problem? – syknęła moja siostra, a ja stałam przy zlewie z rękami w pianie i patrzyłam, jak moja matka udaje, że nie słyszy.
Na stole stał rosół, ziemniaki już stygły, kotlety przykryłam talerzem, żeby nie obeschły. Dzień jak wiele innych. Niedziela, wszyscy u matki, a ja od rana na nogach. Zakupy, gotowanie, podanie, sprzątanie. I wystarczył jeden moment, jedno moje ciche: „Może ktoś mi pomoże?”, żeby nagle zrobić ze mnie histeryczkę.
– Jaki problem? – zapytałam, ale głos mi drżał. – Pytam tylko, czy ktoś może zanieść talerze.
Mój brat prychnął, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu.
– Anka, no przestań. Zawsze to ogarniasz.
Zawsze.
To słowo uderzyło mnie mocniej niż gdyby ktoś trzasnął mnie w twarz. Bo właśnie o to chodziło. Ja zawsze ogarniałam. Kiedy matka miała operację biodra, to ja jeździłam z nią po lekarzach. Kiedy siostra rozwodziła się z mężem, to ja brałam jej dzieci na weekendy, choć sama pracowałam po dziesięć godzin w aptece. Kiedy brat stracił robotę, pożyczyłam mu osiem tysięcy. Do dziś mi nie oddał. I nawet nie chodziło o te pieniądze. Bolało bardziej to, że nikt już nawet nie mówił „dziękuję”.
Po prostu byłam. Jak czajnik na kuchence. Jak ręcznik w łazience. Potrzebna, dopóki działa.
Usiadłam wtedy na chwilę przy stole. Pierwszy raz od lat nie podałam od razu herbaty po obiedzie. Matka spojrzała na mnie z tym swoim chłodnym zdziwieniem.
– Źle się czujesz?
Chciałam się roześmiać. Albo rozpłakać. Sama nie wiem.
– Nie. Po prostu jestem zmęczona.
– Każdy jest zmęczony – rzuciła siostra. – Nie tylko ty masz ciężko.
I wtedy coś we mnie pękło. Tak po cichu, bez wielkiej sceny. To było gorsze niż krzyk. Bo nagle dotarło do mnie, że gdybym tu jutro nie przyszła, oni by nie tęsknili za mną. Tęskniliby za obiadem, za opieką, za załatwieniem spraw. Nie za mną.
Wróciłam do domu i usiadłam na podłodze w przedpokoju. Nawet butów nie zdjęłam. W mieszkaniu było cicho, aż dzwoniło w uszach. Miałam czterdzieści dwa lata i pierwszy raz naprawdę poczułam, że jestem w swoim życiu statystką. Dla innych byłam od wszystkiego. Dla siebie byłam nikim.
Przez kilka dni nie odbierałam telefonów. Najpierw dzwoniła matka.
„Kup mi leki po drodze.”
Potem siostra.
„Weźmiesz chłopaków w sobotę?”
Potem brat.
„Masz może jeszcze dwa tysiące? Oddam, tylko się odbiję.”
Nikt nie napisał: „Co u ciebie?”. Nikt. To śmieszne, ale człowiek czasem łudzi się do samego końca.
W końcu odpisałam tylko jedno zdanie: „Nie dam rady”.