Już na klatce schodowej poczułam zapach papierosów i czyichś perfum. Dziwne, bo u mnie nikt nie palił. Kiedy zobaczyłam uchylone drzwi, serce tak mi walnęło, że aż musiałam oprzeć rękę o ścianę. W środku ktoś się śmiał. Mój śmiech to nie był. Mój dom też jakby już nie był mój.
Pchnęłam drzwi i stanęłam jak wryta. Przy moim stole siedziała moja ciotka Grażyna, jej syn Patryk i jeszcze jakaś kobieta, której nie znałam. Na blacie leżał mój chleb, mój kubek, moje rachunki. A przy oknie stał mój były mąż, Mirek, jak gdyby nigdy nic, z rękami w kieszeniach.
– Co wy tu robicie? – głos mi się załamał, ale powiedziałam to głośno.
Grażyna nawet nie wstała.
– Uspokój się, Magda. Trzeba porozmawiać jak dorośli ludzie.
Jak dorośli ludzie. Tak powiedziała kobieta, która przez trzy lata nie zadzwoniła nawet na święta, a teraz siedziała u mnie w kapciach.
– Kto wam dał klucze?
Mirek spojrzał na podłogę.
I wtedy już wiedziałam.
Nogi zrobiły mi się miękkie. To mieszkanie było po mojej mamie. Małe, dwa pokoje w bloku z wielkiej płyty na warszawskim Bródnie, ale moje. Jedyne miejsce, gdzie po rozwodzie czułam się bezpiecznie. Spłacałam zaległy czynsz, wymieniałam okna na raty, malowałam ściany sama po nocach. Każda szafka, każdy talerz był wydarty życiu kawałek po kawałku.
– Dałeś im klucze? – zapytałam Mirka.
– Magda, wysłuchaj mnie…
– Nie. Odpowiedz.
Patryk prychnął pod nosem, jakby to wszystko go nudziło.
– Ciągle robisz teatr – mruknął. – To też jest nasze.
Odwróciłam się do niego tak szybko, że aż krzesło zgrzytnęło po panelach.
– Wasze? Na jakiej podstawie?
Wtedy ta obca kobieta wyjęła teczkę. Okazało się, że to notariuszka. A raczej ktoś od „załatwienia sprawy”, bo prawdziwy notariusz chyba nie siedzi ludziom bez zapowiedzi w kuchni. Położyła przede mną kopie dokumentów i powiedziała chłodnym tonem, że moja mama przed śmiercią podpisała zobowiązanie wobec Grażyny. Pożyczka. Niespłacona. Zabezpieczeniem miał być udział w mieszkaniu.
Patrzyłam na te papiery i nic mi się nie zgadzało. Mama całe życie bała się długów. Liczyła każdy grosz, chowała pieniądze do koperty po kawie, prała woreczki foliowe, żeby nie kupować nowych. Pożyczyłaby od siostry? Nigdy.
– To jest sfałszowane – powiedziałam. – Ona by tego nie podpisała.
Grażyna wreszcie wstała.
– Siostra cię oszczędzała, dlatego nic nie wiedziałaś. Zresztą opiekowałam się nią bardziej niż ty.
To było jak policzek.
Przez ostatni rok życia mamy dojeżdżałam do niej po pracy codziennie. Karmiłam ją zupą, zmieniałam pościel, siedziałam z nią na SOR-ze po osiem godzin, kiedy dusiła się i nie miała siły mówić. Grażyna przyszła dwa razy. Raz z ciastem, raz po biżuterię „na pamiątkę”.