Poczułam, jak ściska mi gardło. Stałam obok Kacpra w sukni, którą kupiłam używaną od dziewczyny z Radomia, i nagle miałam ochotę po prostu wyjść. Za oknem lał czerwcowy deszcz, na stołach stał rosół, schabowy, sałatka jarzynowa, dwa ciasta od sąsiadki i termosy z kawą. Bez fontanny czekoladowej, bez pięciu dań na ciepło, bez wódki ustawionej jak na wystawie.
Tylko tyle. A dla nas aż tyle.
Kacper ścisnął mnie za rękę pod stołem.
– Daj spokój – mruknął cicho. – Nie musisz nic nikomu tłumaczyć.
Ale właśnie musiałam. Bo od początku widziałam te spojrzenia. Kuzynki, które szeptały przy toalecie. Wujka Andrzeja, który pytał ojca, czy „to jakaś nowa moda na skromność”. Moją matkę siedzącą sztywno jak kij, uśmiechniętą tylko ustami. I ojca, który od pół godziny nie podnosił wzroku znad talerza.
Jeszcze rok wcześniej mama wrzucała do internetu zdjęcia nowej kuchni, choć raty za nią nie były spłacone nawet w połowie. Ojciec kupował lepszy samochód, choć stary jeszcze jeździł. U nas wszystko musiało wyglądać. Zawsze. Firanki wyprane, trawnik skoszony, córka na studiach, rodzina porządna. A w środku? Kredyty, chwilówki, telefony z banku i listy chowane do szuflady z obrusami.
Najgorsze, że ja też w tym brałam udział. Kiedy pytałam mamę, czy naprawdę stać nas na wesele, odpowiadała:
– Ludzie patrzą. Nie zrobisz przecież obiadu jak po stypie.
A potem usłyszałam ojca w kuchni, jak szeptał do niej o komorniku.
Komorniku. Na miesiąc przed moim ślubem.
Wzięliśmy z Kacprem wszystko na siebie, ile się dało. Obrączki skromne. Sala tania, bo znajomy z OSP pomógł. Kwiaty z hurtowni. Zespół odwołany, został głośnik i playlista. Nie chciałam zaczynać małżeństwa od pożyczki na pokaz. Tylko nikomu w rodzinie nie starczyło odwagi, żeby powiedzieć to wprost.
Więc kiedy ciotka Danuta parsknęła śmiechem i rzuciła:
– Nawet porządnej kolacji nie ma, a młodzi chcą się bawić do rana?
Wstałam.
Krzesło zgrzytnęło tak głośno, że muzyka z telefonu nagle przestała mieć znaczenie.
– Tak, to już wszystko – powiedziałam. Głos mi drżał, ale nie usiadłam. – I nie dlatego, że jesteśmy skąpi. Tylko dlatego, że moja rodzina jest zadłużona po uszy.
Sala ucichła. Ktoś odstawił widelec. Ktoś inny chrząknął.
Mama pobladła.
– Marta, usiądź – syknęła.
– Nie. Całe życie mam siedzieć cicho? Udawać, że jest dobrze, bo sąsiedzi patrzą?
Spojrzałam na ojca. Nawet nie próbował mnie zatrzymać. Jakby był już zbyt zmęczony.
– Mamy długi. Duże. Takie, że do domu przychodzą pisma, a mama chowa je przede mną do szafki. Kuchnia była na kredyt. Wakacje nad morzem też. Auto taty też. Wszystko było „żeby nie odstawać”. A prawda jest taka, że na to wesele ledwo starczyło, i to tylko dlatego, że z Kacprem zrezygnowaliśmy prawie ze wszystkiego.
Ciotka Danuta otworzyła usta, ale nic nie powiedziała.
Za to odezwała się moja siostra, Basia, która przez lata była tą grzeczniejszą.
– No to wreszcie ktoś to powiedział – rzuciła i aż jej się oczy zaszkliły. – Bo ja mam dość udawania. Mamo, pamiętasz, jak kazałaś mi wrzucić zdjęcie prezentów na święta, chociaż potem nie miałyśmy na czynsz?
Mama zerwała się z miejsca.
– Robiłam wszystko dla was! Żebyście nie musiały się wstydzić!
– Właśnie całe życie się wstydziłyśmy – odpowiedziałam. – Tylko nie biedy. Tego, że musimy kłamać.
Ojciec wtedy podniósł głowę. Czerwone oczy, ręce trzęsły mu się lekko.