– Nie patrz tak na mnie, Martyna, bo gdybyś wtedy powiedziała prawdę, Ania by dziś może…
Mama nie dokończyła. Oparła dłonie o blat w kuchni i rozpłakała się tak nagle, jakby ktoś przeciął w niej ostatnią nitkę. A ja siedziałam przy stole, ściskając kubek z zimną już herbatą, i czułam, że zaraz zwymiotuję. Bo dokładnie to samo mówię sobie od tygodni. Może gdybym wtedy nie milczała, wszystko potoczyłoby się inaczej.
To był zwyczajny wtorek. Wyszłam wcześniej z pracy, bo szefowa puściła nas przed inwentaryzacją. Poszłam do galerii w centrum, kupić Ani miękki kocyk dla dziecka. Była w siódmym miesiącu, ciągle głaskała brzuch i mówiła do mnie przez śmiech, że mała kopie tylko wtedy, kiedy leci Lady Pank w radiu.
Pamiętam, że stałam przy ruchomych schodach z torbą w ręku, kiedy zobaczyłam Dinka.
Najpierw pomyślałam, że mi się przewidziało. Mój szwagier, ten sam, który przy rodzinnym stole opowiadał, jak bardzo boi się porodu Ani i jak będzie jej nosił wodę po nocach, szedł objęty z jakąś kobietą. Nie szli obok siebie. Oni byli blisko. Za blisko. Ona poprawiła mu kołnierz, on pocałował ją w skroń, a potem weszli do kawiarni, jak para, która zna się nie od wczoraj.
Stanęłam jak wryta.
Serce mi łomotało. Napisałam do niego od razu: „Widziałam cię”.
Oddzwonił po minucie.
– Martyna, to nie tak, jak myślisz.
– Naprawdę? To jak?
– Spotkałem się z koleżanką z dawnych lat. Przesadzasz.
– Nie przytula się tak koleżanki.
Cisza była krótka, ale gęsta.
– Błagam cię, nie mów nic Ani. Jest w ciąży. Ma wysokie ciśnienie. Chcesz ją wykończyć?
Te słowa uderzyły we mnie najmocniej. Nie „kocham twoją siostrę”, nie „to był błąd”. Tylko strach, że sprawa wyjdzie teraz.
Wieczorem pojechałam do Ani. Siedziała na kanapie z miską truskawek i układała malutkie śpioszki do komody. Spojrzała na mnie i od razu zapytała:
– Coś się stało? Masz taką twarz, jakby ktoś umarł.
Usiadłam obok i przez chwilę naprawdę chciałam jej powiedzieć. Wszystko. Od początku do końca. Ale zobaczyłam jej spuchnięte stopy, rękę opartą na brzuchu i ten jej spokojny uśmiech. I stchórzyłam.
– Nie, po prostu jestem zmęczona – skłamałam.
To było pierwsze kłamstwo. Potem przyszły kolejne.
Dinek zaczął być wobec mnie przesadnie miły. Kupował ciasto, pytał, czy mnie podwieźć, przy rodzinie zachowywał się jak idealny mąż. To było obrzydliwe. Za każdym razem, kiedy Ania opierała głowę o jego ramię, czułam ucisk w gardle.
Minęły trzy tygodnie. Myślałam, że może to się urwało, że może naprawdę spanikował i zrozumiał. Człowiek czasem sam sobie opowiada bajki, żeby móc spać.
A potem wszystko pękło.
Ania znalazła w jego samochodzie drugi telefon. Nie jakiś stary, schowany w schowku od miesięcy. Naładowany. Z wiadomościami. Zdjęciami. Planami wspólnego wyjazdu do Zakopanego po porodzie. Nawet teraz, kiedy o tym myślę, robi mi się słabo.
Zadzwoniła do mnie wieczorem. Nie płakała. Jej głos był dziwnie pusty.
– Ty wiedziałaś?
Zamilkłam. To wystarczyło.
– Wiedziałaś… – powtórzyła ciszej.
– Ania, ja… chciałam cię chronić.
– Przed czym? Przed prawdą? Czy przed tym, żebym nie zepsuła wam wszystkim świętego spokoju?
Nigdy wcześniej nie słyszałam w jej głosie tyle bólu. Potem się rozłączyła.